Przeciwko amnestii
Awans reprezentacji do finałów MŚ nas pokrzepił, smutki związane z europejskimi występami drużyn klubowych poszły w zapomnienie, w tym roku pozostało więc tylko uporać się z pozaboiskowymi problemami polskiego futbolu. Chcąc nie chcąc, trzeba podczas nadzwyczajnego zjazdu PZPN stawić czoło ujawnionym skandalom, i - jeżeli rzeczywiście środowisku zależy na dobrej opinii - warto dążyć do wyjaśnienia tych afer, na które dowody zbiera od miesięcy wrocławska prokuratura. Bo amnestia z okazji awansu byłaby najgorszym rozwiązaniem. Ale to, że amnestia marzy się bohaterom piłkarskich skandali nikogo dziwić nie powinno - w swoim mniemaniu każdy przecież jest niewinny. Naturalny odruch zrzucania odpowiedzialności na innych albo przynajmniej dzielenie się nią z tłumem bezimiennych ludzi, osłabia poczucie winy. U niektórych rodzi nawet przekonanie o krzywdzie: na zasadzie czego zamknęli mnie, skoro ktoś ukradł więcej. Niemniej jednak - centrala związku, który za cały ten futbolowy bałagan odpowiada, nie ma prawa kierować się taką akurat logiką myślenia. Prezes Michał Listkiewicz znalazł się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, ale on jest ostatni, który mógłby od odpowiedzialności za wyjaśnienie tych afer uciec. Stąd Listkiewicz, przyjmując gratulacyjne telegramy i świętując sukces piłkarzy musi znaleźć czas na szybkie, ale zgodne z prawem zakończenie spraw łapówkarskich. Tylko wówczas rzeczywiście będzie można o nim mówić, że jest dobrym sternikiem naszej piłki. Na pewno przyjemne to nie jest, ale czy za tym awansem da się ukryć zeznania Piotra Dziurowicza? Człowieka samego w sobie zepsutego, który działał jednak nie sam i teraz palcem wskazuje, kto z nim mecze sprzedawał, kupował. Kiedy jego zeznania ujrzały światło dzienne - ludzie, którzy uważali się za pomówionych, zapowiadali oddanie spraw do sądów. Skoro nie oddali, to Listkiewicz musi to sobie sam wziąć na głowę, najlepiej nie tworząc kolejnych komisji śledczych. Bo one nie tylko w sprawach futbolowych nie kojarzą się dobrze. Czy to przystoi, by o takich przykrych problemach wspominać akurat w chwili zwycięskiej euforii? W moim przekonaniu to jest najlepszy moment, by właśnie na fali sukcesu sportowego uporać się z problemami, które psują opinię najpopularniejszej w kraju dyscyplinie sportu. Listkiewicz ma tu więcej do wygrania niż kiedykolwiek, o ile rzeczywiście czuje się przywódcą środowiska. Jeżeli nie wykorzysta tej sytuacji, to przegra z hukiem, a każdy pretekst do obalenia go będzie dobry. Wkrótce przekonamy się, czy prezes umie obronić swoją pozycję, czy tylko potrafi o nią drżeć.